iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Dziękuję Tato...

Minęła w ciszy zima,

Przeszła bokiem wiosna i jest już kolejne lato

Bez Ciebie

Smutno mi, Tato...

 

Potrafiłeś mi wszystko wyjaśnić

Kręta droga była prosta, nawet strata nie była stratą

Przy Tobie

Byłeś wyjątkowy, Tato...

 

 

Twoim ciepłem i cierpliwością,

Można by obdzielić dobre pół świata

A skupiłeś wszystko na mnie

Cały Tata...

 

 

Rozpływają mi się dni w rękach

Chwila biegnie za chwilą, data za datą

Jakoś inaczej

Odkąd Cię nie ma, Tato...

 

Z dnia na dzień kocham Cię coraz bardziej

Nigdy się nie pogodzę z Twoją utratą

Dziękuję Ci, że byłeś

Właśnie moim Tatą...

 

 

Komentarze (5)
Nic z tego nie będzie

Postanowiłam, że już czas

Wyrzucić prawdy, myśli złe

Pozbyć się ich w wielkim rozpędzie

 

Byłam pewna, że wystarczy jeden krok

By zmienić siebie, wokół wszystko

Byłam... w wielkim błędzie

 

Tymczasem wczoraj nic

Dzisiaj nic i jutro też pewnie nic...

Z tego nie będzie 

Komentarze (11)
Kocham Cię, Mamo!

Martwisz się na zapas

Marudzisz, narzekasz

Powtarzasz w kółko to samo

 

Kocham Cię, Mamo!

 

Wczoraj miałaś oczy zielone

Dzisiaj w nich rozpacz i dramat

Ciekawe co jutro rano?

 

Kocham Cię, Mamo!

 

Nie martwię się o nic

Nie myślę przed snem o jutrze

Gdy wiem, że jesteś za ścianą

 

Kocham Cię, Mamo!

 

Ciągle popełniam błędy

Gubię się, upadam

I wciąż zaprzeczam Twym zdaniom - Przepraszam!

 

Kocham Cię, Mamo!

 

Jesteś przy mnie, gdy nie ma nikogo

Gdy Cię nie będzie

To już nie będzie tak samo

 

KOCHAM CIĘ, MAMO!

 

 

 

Komentarze (5)
To, co w nas i po nas pozostanie. Na zawsze

 W moim życiu wciąż tak samo. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem... wloką się zwyczajnie - leniwie, niezmiennie. Ciągle czegoś mi brakuje w życiu. Wciąż wydaję mi się, że mam za mało, choć w rezultacie sama nie wiem, co bym chciała, czego oczekuje od życia i dlatego chyba nie umiem podjąć konkretnych kroków, żeby coś w nim zmienić. Nawet jeśli już się za coś zabiorę, nastawiona "optymistycznie", zazwyczaj nie przynosi to oczekiwanych rezultatów i szybko tracę chęci, żeby działać dalej albo zaczynać coś nowego - innego. Niezmiennie wydaję mi się, że choć już tyle przeżyłam, to nic nie zrobiłam, nic nie wymyśliłam, nic nie osiągnęłam, nikogo nic nie nauczyłam. Pewnie dzieje się tak, bo za dużo od siebie wymagam, nie potrafię doceniać tego, co mam, nie żyję dniem dzisiejszym - nie umiem doceniać chwili i cieszyć się z drobiazgów. Ważne, że w ogóle TO wiem, mimo że nie umiem zmienić siebie. JESZCZE.
 

Dzisiaj przyszły mi do głowy refleksje, które może poprowadzą mnie w dobrym kierunku - KU ZMIANOM :) Mianowicie, pomyślałam sobie, że każdy z nas ma bardzo wiele, nawet JA (tutaj nowość;)) niezależnie od tego, ile ma pieniędzy, ile przeżył, ile błędów popełnił, ile zrozumiał, a ile nie, gdzie był, gdzie nie był, co wie, a czego nie i bez znaczenia kim jest, a kim już nigdy nie będzie.
 

 Po pierwsze. To, co zostanie w nas.                                                                                                                    Zawsze w nas pozostaną wspomnienia - dobre i złe przeżycia, wszystkie niepowodzenia i osiągnięcia, czasami bardzo krótkie chwile, ale jakże znaczące, ciągnące się złe passe i nagłe wzloty, czyjeś uśmiechy, poznane osoby - te wartościowe, i te, których nigdy nie chcielibyśmy spotkać, dobre rady przyjaciół i złe życzenia wrogów, nasze najważniejsze decyzje i niepowtarzalne momenty, to, czego żałujemy i to, z czego jesteśmy zadowoleni, no i wiele wieeele innych... Tego nam nikt nigdy nie odbierze. Zresztą, podobnie jak doświadczenia - tego przyjemnego i tego trochę mniej, małego czy dużego, dobrego bądź złego... Jakiekolwiek ono by nie było, jest bezcenne, bo w nas pozostanie.
 

 Po drugie. To, co zostanie po nas w innych.                                                                                                       Na zawsze pozostanie w innych dana im przez nas nadzieja - dobre słowo w chwili zwątpienia, pocieszanie w trudnej codzienności, mówienie, że sobie poradzą mimo wszystko, że będzie lepiej, że to tylko zła chwila w ich życiu... Może to banalne, ale jaką daje nadzieję, gdy... nie ma się żadnej. Nasze wspieranie pozostanie w innych na zawsze. Tak samo jak wiedza - ta pokazana na własnym przykładzie naszym czy nienaszym dzieciom lub tym dorosłym, którzy zawsze gotowi są, by się uczyć. Nie mam tu absolutnie na myśli pouczania, lecz pokazywanie własnym życiem, postępowaniem i zachowaniem, jakim warto być w życiu człowiekiem, co się opłaca, a co nie. Nieważne, czy ktoś tą wiedzę wykorzysta, czy będzie postępował w życiu podobnie. Ważne jest, czy nauczy się od nas radości życia, pogody ducha, chęci niesienia pomocy, bycia dobrym człowiekiem - cokolwiek by to dla kogoś nie znaczyło - albo wręcz przeciwnie - zrzędliwości, skłonności do narzekań, braku odwagi lub niechęci z góry do wszystkich i wszystkiego. Ta wiedza przekazywana jest innym nieświadomie. Na podstawie obserwacji naszej osoby inni wyciągają wnioski, czy bycie takim, czy innym człowiekiem jest źródłem przyjaźni, dobrego nastawienia innych ludzi czy uogólniając -życiowego sukcesu. Oczywiście, że nie możemy być tacy, czy inni na siłę, bo niektóre cechy "wyssaliśmy z mlekiem matki", ale przy odrobinie chęci, patrząc i ucząc się od innych, MOŻNA WIELE W SOBIE ZMIENIĆ.

Jest jeszcze mnóstwo rzeczy malutkich i wielkich, które po sobie pozostawimy, a które wcześniej otrzymaliśmy od innych. Bo to, jacy jesteśmy zawdzięczamy innym, ale to, jacy będą Ci inni, którzy widzą w nas nauczycieli, zależy od nas samych. "Czas nas uczy pogody...", ale nie tylko czas - uczą nas niej też inni ludzie. Zatem im wcześniej się jej nauczymy, tym wcześniej będziemy mogli przekazywać ją dalej. Dlatego może już dziś warto założyć na głowę "liliowy kapelusz" :) i bez głębszych zastanowień cieszyć się tym, co wokół - tak po prostu, bez "szukania dziury w całym"... A kiedy nie będzie nam już potrzebny, warto go komuś przekazać. Tylu jest przecież ludzi wokół nas, którym będzie w nim do twarzy :) i jakiś ślad znowu w kimś po nas pozostanie. NA ZAWSZE.  

 

Komentarze (5)
Ile razy trzeba upaść...

 Nie mając już siły na to, by iść (do przodu czy zwyczajnie przez życie) zastanawiam się, ile razy trzeba upaść, żeby w końcu wstać - żeby zdarzyło się coś, co podniesie czowieka z zimnej, twardej ziemi. Już pogubiłam się w liczeniu, ile dziur w rajstopach, ile podartych spodni i ran na kolanach po tych wszytkich upadkach, a kto wie, ile jeszcze przede mną..., zanim w końcu wstanę. Chyba, że już w tej pozycji leżącej będę tkwiła zawsze, bo może zwyczajnie nie jest mi dane iść z podniesioną głową, że coś w życiu osiągnęłam.

Nic już nie rozumiem... Kiedy myślę, że będzie źle, jest źle. Kiedy myślę, że będzie dobrze (jestem z natury pesymistką, więc to dla mnie trudne, ale się staram...), to jest... źle! Nie wiem, jakie powinnam mieć nastawienie do ludzi, życia, otaczającego świata, towarzyszących zdarzeń, żeby było dobrze - nie, to za duże słowo...- żeby było jakoś - jakoś tak normalnie, zwyczajnie, spokojnie, bez fajerwerków i radosnych okrzyków, ale chociaż miło, bez miliona problemów, natłoku myśli negatywnych i pogarszających się z minuty na minuty chwil... Boże, jak to wszystko ogarnąć myślami, uspokoić się na chwilę, jak tempo negatywnych zdarzeń mnie przerosło? Już chyba wszystkie łzy wypłakałam, oczy mnie pieką, jesli jeszcze w ogóle je mam w tych malutkich szparkach na mojej twarzy... I ciągle nic. Nawet jesli na chwilę pojawi się jakieś światło w tunelu, mały promyk nadziei, to... gaśnie szybciej niż się pojawił, a ból jest jeszcze większy, bo znowu się łudziłam, że coś się zmieni, bo już przecież swoje wypłakałam, wycierpiałam, nałapałam określoną liczbę nieszczęść i niepowodzeń, że najwyższa pora zbierać coś innego... I nic. Dalej to samo. Jakby się wszystko zatrzymało - rany się nie goją, łzy nie wysychają, smutki nie gasną, słowa złe nie milkną... Ale usypiają nadzieje, giną marzenia, zanika wiara, umiera wszystko we mnie powoli - chwila po chwili, rozczarowanie po rozczarowniu, niepokój po niepokoju, żal po żalu, bezsens po bezsensie - staję się jedną wielką pustką. Nie myślę, nie rozważam, nie analizuję, nie oglądam, nie słucham, nie oceniam, nie wiem... Śpię. Wtedy jest mi dobrze. Może to jest jakieś wyjście - przespać ten cały życiowy ból? Ale ileż można spać?!

Mam. Znalazłam odpowiedź - trzeba tyle razy upaść, ile... trzeba, żeby coś zrozumieć, spokornieć, obniżyć wymagania w stosunku do siebie, "zejść na ziemię", zmienić siebie, zacząć doceniać czyjś uśmiech czy dobre słowo, przestać płakać, przestać spać, a zacząć żyć - po swojemu, po cichu, bez afiszu, bez wielkich wygranych czy nagłych uniesień i wybuchów szczęścia, ale z pewnością siebie, swoich umiejętności, bez poddawania się czyimś nakazom, bez słuchania kogoś, lecz z całkowitym wsłuchaniem się w siebie.

Boże, tylko jakie to jest trudne... Dla mnie przynajmniej. Mam jednak ciągle w głowie pewien wpis z mojego pamiętnika ze szkolnych lat...

Kiedy Cię w życiu złamie cierpienie,

złość ludzka wyciśnie łzy,

pamiętaj, w krzyżu znajdziesz pocieszenie -

Bóg więcej cierpiał niż Ty! 

...

 

 

Komentarze (4)
Rozmowa z tatą

 - Wiesz, chyba znowu zmarnowałam swoją szansę. 

 - ...

 - Tak po prostu. Za bardzo chyba chciałam. Za bardzo miałam nadzieję na zmiany...

 - ...

 - No ja wiem, że zawsze mi mówiłeś, że do końca trzeba mieć nadzieję, wierzyć nawet gdy nam ludzie odbiorą wiarę... Ale w praktyce jest to dla mnie bardzo trudne, czasami wręcz niewykonalne. Jestem chyba za słaba. Z nikim już nie umiem wygrywać. Tak łatwo jest mnie przypiąć do muru, rozczarować, zagupić...

 - ...

 - Nie wiem, co mam Ci odpowiedzieć, bo sama nie wiem, co się ze mną stało, że z silnej kobiety zmieniłam się w małą bezbronną dzieewczynkę. Sama tego nie rozumiem. Chyba zdarzyło się to bez mojej wiedzy, świadomości - ot tak po prostu.

 - ...

 - No jak to nie rozumiesz?! No wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Ale ja nawet nie chcę jej teraz szukać. Znowu coś w zyciu schrzaniłam, zmarnowałam kolejną szansę daną mi przez los! Rozumiesz to?! A i tak mam ich niewiele ostatnio... I co mam teraz zrobić? Tradycyjnie - siąść i płakać? Tego też nie chcę, bo już dojrzałam do tego, że nie ma to najmniejszego sensu, choć bez wątpienia stanowi najprostsze rozwiązanie.

 - ...

 - Wszystko zwyczajnie zależało ode mnie. A ja się nie popisałam. Zawiodłam Ciebie, siebie i innych, którzy we mnie wierzyli, że w końcu coś zmienię w swoim życiu. A wszystko przez stres. 

 - ...

 - Nie śmiej się ze mnie. No i co z tego, że nie jestem już malutką dziewczynką i to nie był egzamin. Chociaż dla mnie był - może nawet egzamin życia. Jestem prawie przekonana, że nie zdałam. Pojutrze się wyjaśni, ale nawet nie chcę tych wyjaśnień, bo pogrążą mnie one jeszcze bardziej. Wolę już chyba nie wiedzieć.

 - ...

 - Co Ty mówisz, że najgorsze jest oczekiwanie na wyniki?! Przecież Ci mówię, że ja na nic nie czekam. Ja wiem, że się nie sprawdziłam, przegrałam ze stresem.

 - ...

 - To nie jest wcale marny przeciwnik. Mnie w każdym bądź razie pokonał i to już po raz kolejny.

 - ...

 - Pamiętam, pamiętam, co mi zawsze mówiłeś. No bo fakt faktem Ty jeden wierzyłeś ZAWSZE, bez względu na wszystko, do końcu nawet, gdy wiedziałeś, że jest źle. Jestem już dorosła, a wciąż tej Twojej wiary bardzo potrzebuje. Nikt mnie już za nic nie chwali, nie głaszczę po głowie, kiedy coś się nie uda, tak jak teraz, i nikt się ze mną nie cieszy choćby z malutkich moich zwycięstw. To wszystko takie banalne, ale jak bardzo potrzebne, gdy się człowiek do tego przyzwyczai. Teraz czuję, że jestem sama - z radościami, smutkami, złościami czy choćby przeziębieniami :) - bo nikt już mnie kocem nie nakrywa, nie robi gorącej herbaty co chwila, nie pyta, czy coś mi potrzeba albo nawet jak się czuję...

 - ...

 - Wiem, że ze mną ciągle jesteś, ale to już nie to samo. No właśnie, a czemu na tej ważnej rozmowie tak się zestresowałam? Nie wspierałeś mnie wtedy?

 - ...

 - No tak. Miałeś prawo przysnąć po poprzednim ciężkim dniu ze mną - w końcu oststnio dużo tego wsparcia potrzebuję. Ale, że chmury Ci widoczność przysłoniły, to już w to nie uwierzę! :) Dobranoc Tato

 

Komentarze (5)
Zmiany

 Wczoraj ktoś mi powiedział kilka miłych słów. Zupełnie niespodziewanie i to w momencie, kiedy w mojej głowie snuły się najczarniejsze myśli, tradycyjnie dotyczące tego, że chyba sobie jednak w tym życiu już nie poradzę, nic nie zmienię na lepsze, utknęłam, nie wiem co robić, od czego zacząć. I nagle dostałam niesamowietej energii do działania. Prozaiczne zajęcia dnia codziennego zaczęły mi się "palić w rękach", a wcześniej przez pół dnia zbierałam się do ugotowania zupy, nie wspominając już o umyciu zębów.

Codziennie myslałam identycznymi schematami: "Po co się czesać, myć zęby, dbać o siebie jak dawniej jak nikt na mnie nie zwraca uwagi, no i nie wychodzę też do ludzi, bo... brzydko wyglądam i po co zresztą mają patrzeć na mnie i słuchać beznadziejnej dziewczyny, a ja nie chcę też słuchać niczyich opowieści (nie wnikam czy prawdziwych czy będących wytworem choroby zwanej mitomanią) o cudownym życiu". Niby te moje myśli możnaby pewnie podczepić pod objawy depresji, ale przecież wychodzę czasami z domu - jak muszę - i uśmiecham się czasami - jak ktoś lub coś mnie rozśmieszy. Więc chyba nie jest najgorzej?

No ale mniejsza o to... Ktoś mi coś powiedział i dał nadzieję na zmainy w moim życiu. Wszystko niebawem się wyjaśni. Ważne, że calkowicie zmieniło to dotychczasową logikę mojego myślenia o sobie. Spowodowało, że poczułam się w końcu przez kogoś zauważona. Boję się tylko tego, co będzie dalej, czy ta nadzieja nie zostanie odebrana tak niespodziewanie, jak została mi dana albo czy podołam tym zmianom. Jedno wiem na pewno - chcę tego, chcę zmian, bo dłużej już tak nie mogę zyć w ciągłym letargu, w wynkonywaniu wszystkiego w przymusie, w braku chęci do czegokolwiek, w ciagłym widzeniu szarych stron życia, w beznadziei, w braku planów na przyszłość, w zachowywaniu się jak stara zmęczona życiem kobieta, a przecież ktoś stojący z boku, znający tylko widoczną stronę mojgo życia, mógłyby powiedzieć, że chyba nie wiem, co mówię, że nie mam najmniejszych powodów do narzekań. No tak, ale nie oceniajmy ludzi po pozorach, życie toczy się też za zamkniętymi drzwiami, w czterech ścianach, w cztery oczy, w zamkniętym pokoju i poza nami, w naszej niewiedzy.

Ważne chyba, aby chcieć zmian, gdy jest naprawdę źle, gdy jesteśmy na skraju psychicznej wytrzymałości, gdy nie radzimy sobie z własnym umysłem, który powtarza do znudzenia: "Jest źle, nie dasz rady, wszystko jest bez sensu, nie rób nic, siedź, nie rozmawawiaj, nie słuchaj tych, co cię pocieszają, co mówią ci miłe słowa - kłamią, zaraz to minie, znowu będzie szara rzeczywistość, zaraz znowu się przewrócisz, nie wstawaj, leż - tak Ci jest przecież dobrzeeee..."

O nieeee! Koniec tego!Czas na zmiany! Idę...

 

Komentarze (3)
Ja i Ty

 Ja i Ty niby ciągle tacy sami. Coś robimy razem i coś osobno. Czasami sobie na przekór, a czasami w zmowie razem dla kogoś lub przeciw komuś. Kiedyś wydawało mi się, że jesteśmy tak bardzo do siebie podobni, a teraz widzę same różnice w naszych codziennych zachowaniach i sprzeczności naszych charakterów. Jak jest naprawdę?

Ja marudzę i narzekam z byle powodu, Ty niezależnie od skali przykrości zdarzeń jesteś spokojny. Ja milczę, kiedy chcę Ci zrobić na złość, a Ty mnie obrażasz, gdy chcesz, żebym się do Ciebie odezwała. Ja często krzyczę i obrażam Cię bez głębszego zastanowienia się nad tym, co mówię, a co więcej nie zawsze pokrywa się to z Twoimi rzeczywistymi błędami i "nieracjami". Potem tego żałuję.., choć Ci o tym nie mówię. Ty zawsze mówisz, to co sobie wcześniej przemyślisz, czasami zbyt dosadnie. Nie liczysz się ze słowami i nigdy niczego nie żałujesz. Szkoda...

Ja często płaczę w ukryciu, nigdy przy Tobie. Przed Tobą udaję, że jestem twarda i nic nie jest w stanie mnie złamać, ani zranić, w szczególności Twoje słowa. Ty nie płaczesz (przynajmniej tak twierdzisz, a ja Cię nigdy nie przyłapałam), ale widziałam kilka razy smutek w Twoich oczach, a raz nawet przynajmniej dwie łzy, kiedy dawno temu powiedziałam Ci, że nic dla mnie nie znaczysz i nigdy nie znaczyłeś i chciałam, żebyś odszedł... I gdyby nie Twój nieprzeciętny, wręcz czasami bardzo przeszkadzający i wyprowadzający mnie z równowagi upór, i trwanie w swojej racji, dziś nie bylibyśmy razem. Może i dobrze...

Ja prawie zawsze wszystko analizuję i nie potrafię zapomnieć, zwłaszcza złych chwil. Wybaczam, ale jestem wyjątkowo pamiętliwa. Ty wybaczasz chyba tylko mi i nie pamiętasz. Ja Cię sprowadzam na ziemię i przypominam dobitnie o realiach, kiedy Ty bujasz w obłokach. Ja uczę Cię wrażliwości, bo masz jej bardzo mało, jeśli nie wcale. Ty uważasz, że w życiu trzeba być stanowczym i, broń Boże, sentymentalnym. Nie rozumiesz, dlaczego często bezpodstawnie wierzę ludziom, a potem po raz kolejny i kolejny się na nich zawodzę, i mimo to nadal w nich wierzę. Inaczej nie umiem...

Ja nie zauważam tego, co dla mnie robisz. Ty mnie nie doceniasz i często lekceważysz. Ja systematycznie Cię uświadamiam, że jestem mądrzejsza. Ty uważasz, że zawsze wszystko wiesz najlepiej. Ja nie ustępuję, kiedy mam niezbite dowody świadczące o mojej racji i... kiedy ich nie mam. Ty twierdzisz, że Twoje zdanie powinno liczyć się bardziej, bo... jesteś facetem.

Ty uważasz, że musiałabyś mi chyba przynieść gwiazdkę z nieba, zabrać na najbardziej egzotyczną wyspę świata albo kupić wszystko, czego tylko pragnę, żebym była z Ciebie zadowolona. Przeliczasz wszystko na pieniądze. Ja uważam, że nie one są najważniejsze i chciałabym, żebyś czasami potrzymał mnie za rękę...

Ja i Ty - tak bardzo różni - wydawałoby się - a jednak tak bardzo podobni w swoich potrzebach, których nie potrafimy nawzajem odczytać. Dlatego czasami jest nam tak trudno...


 

Komentarze (0)
Co nas nie zabije...

 "Co nas nie zabije, to nas wzmocni" - ostatnio słyszę na każdym kroku. Rodzina, znajomi, telewizja - wszędzie ten tekst. Czy jest on jednak prawdziwy, logiczny i jasny, czy może drzemie w nim ukryte dno?

Niby wszystko jest proste i klarowne, bo jesli złe wydarzenia, cierpienia itp. nie spowodują, że zwyczajnie nas już nie będzie, to na pewno zmienią nasz stosunek do ludzi, świata, rzeczywistości czy naszego codziennego życia. Staniemy sie silniejsi, odporniejsi na ciosy zadawane przez los, może bardziej przewidujący, rozumiejący innych, wrażliwsi, no i najważniejsze - mądrzejsi o jakże bezcenne życiowe doświadczenia. To wtedy, gdy zło i cierpienie nas nie zniszczy. No właśnie... A co, jeżeli zły los zabije w nas nadzieję, marzenia bądź wiarę w siebie? Co się dzieje, gdy pomimo tego, że jesteśmy, nie mamy nic? Czy jesli coś zniszczy naszą psychikę doszczętnie lub ktoś upokorzy nas do granic możliwości i psychicznej wytrzymałości, to czy wtedy staniemy się silniejsi? Czy kiedy zostajemy zupełnie sami, zabici słowami przez najbliższych, to mamy siłę żyć i czujemy się wzmocnieni przez los?

Nie wiem juz sama jak interpretować to przysłowie. Wydaje się pozornie takie oczywiste, a kryje w sobie tyle niedomówień. Słyszałam już je w swoim życiu wiele razy i nigdy się głębiej nad nim nie zastanawiałam. Ale teraz, gdy...

 

Zimno mi

Płakałam

Głupia sprawa

Żaden temat

Znów zabolało mnie

Że jestem

Choć dla innych mnie nie ma

 

...postanowiłam je przeanalizować. Zresztą, każdy człowiek ma prawo rozumieć wszystko "po swojemu", w indywidualny i być może wygodny dla niego sposób. Ważne bowiem, by ta interpretacja nie tylko przysłów, ale też rzeczywistości i splotu różnych wydarzeń, dawała nadzieję na odmianę losu, powodowała, by sie nie poddawał i mimo wszystko wierzył... Tylko jak wierzyć, gdy życie zabije w nas wiarę w cokolwiek?

Wiem, to jest błędne koło... 

   

Komentarze (3)
Miało być tak pięknie...

 Rozpoczął się tzw. sezon ślubny. W zeszłym roku dotyczył on mnie w szczególny, bo bezpośredni sposób. No i wyszłam sobie za mąż, bo to już ten czas i ten facet znany mi od lat. No i nie ma co ukrywać, jak każda kobieta marzyłam od zawsze o białej sukni, wpatrzonych tylko we mnie tego dnia oczach i podniosłości chwili samej przysięgi. Marzyłam o tym niepowtarzalnym wydarzeniu wiele razy. Wyobrażałam sobie ślub i życie po nim. Było tak pięknie... w moich wyobrażeniach.

Ślub, i owszem, był prawie jak z moich marzeń, bo i tradycyjna biała suknia, i niepowtarzalne momenty... Było, minęło. Teraz jest już po...i życie wszystko weryfikuje.

Wyobrażenia o byciu cudowną żoną żyjącą z idealnym mężem schowałam do kieszonki, zamieniając na dostosowywanie się do panujących aktualnie w naszym małżeństwie warunków i jakże zmiennej rzeczywistości. Marzenia o "noszeniu mnie na rękach" przez męża zamieniły się w "branie wszystkiego na moje barki". Przedślubne zasypywanie komplementami przeobraziło się w zasypywanie docinkami, uwagami i zarzutami, często bezpodstawnymi i bezsensownymi. To, co miało być piekne, trwałe, pewne i niezniszczalne zmieniło się w to, co smutne, szare i podatne na powtarzanie błędów i wynikających z nich złych chwil. Radość o poranku zamieniła się w wieczorną troskę, miłość w nienawiść, pewność w niepewność, spokój w niepokój i... długo by można wymieniać. Ale przecież nie to jest aż tak bardzo istotne w przeciwieństwie do tego, dlaczego tak się stało...

Dlaczego wyobrażenia nawet nie o cudownych, ale normalnych - żonie i mężu - z docenianiem, wspieraniem, zrozumieniem i nieranieniem się nawzajem oraz wybaczaniem na czele nie stały się prawdą? Mogłabym się zapierać rękami i nogami, że ja temu nie jestem winna. I pewnie wszyscy by w to uwierzyli. Jednak wcale tak nie jest. Jestem przekonana, że oboje jesteśmy winni. Codzienność przerosła nasze oczekiwania. Bo w życiu to nie jest tak, że wszystko jest z góry zapisane, czy będzie dobrze, czy źle. To, czy wyobrażenia będą miały jakiekolwiek odniesienie do rzeczywistości, marzenia zostaną spełnione bądź plany zrealizowane, zależy w bardzo dużej mierze tylko i wyłącznie od nas samych. W końcu w życiu bilans musi wyjść na zero - tyle samo urazów co zadawanych ran, tyle samo szczęścia co złudzeń, tyle samo wzlotów co upadków czy tyle samo miłości otrzymywanej co dawanej.

Każdy przyszły nowożeniec powinien więc pamietać, że życie we dwójkę, w małżeństwie, w natłoku obowiązków i nie zawsze poztywnych zrządzeń losu nie zawsze jest różowe i pomimo naszych wyobrażeń, że miało być w nim tak pieknie, to czasami wiatr zawieje w oczy... Wystarczy jednak umieć się wspierać, nie zadawać bólu nawzajem, czasami nawet posprzeczać, pokłócić, ale pogodzić się zaraz, obrócić wszystko w żart, porozmawiać i po prostu być z bliską osobą w chwilach niepowodzeń, załamań czy zwykłej życiowej ciszy. Trzeba starać się dostrzegać pozytywy nawet w pozornym ich braku, cieszyć się z drobnych powodzeń, dużych osiągnięć czy wspólnie zrealizowanych celów. Bo życie w małżeństwie nie zawsze jest słodkie, ale zawsze może być chociaż miłe.

 

     

Komentarze (0)
1 | 2 |
Najnowsze wpisy
2009-06-23 18:53 Dziękuję Tato...
2009-06-14 17:24 Nic z tego nie będzie
2009-05-26 23:23 Kocham Cię, Mamo!
2009-05-21 20:36 To, co w nas i po nas pozostanie. Na zawsze
2009-05-19 00:15 Ile razy trzeba upaść...
Najnowsze komentarze
2009-11-17 08:51
choco:
Dziękuję Tato...
Czas tak szybko ucieka... Zwłaszcza wtedy, kiedy traci się kogoś bliskiego... Piękny wiersz...
2009-09-30 23:27
Ellaurea:
Ile razy trzeba upaść...
Sporo dało mi do myślenia to, co napisałaś... Zwłaszcza te ostatnie słowa, ten wpis do[...]
2009-06-25 17:47
Agńa:
Dziękuję Tato...
Tak marietko, czuję, że jest ze mną... Tak przynajmniej sobie wmawiam i tłumaczę różne wyjścia[...]
O mnie
Agńa

Ciągle szukam, uczę się, poznaję, analizuję i... wciąż niewiele wiem...

Mój profil w iWoman.pl
Archiwum
Rok 2009